Stories of Tita

18 września 2026

Opowieści z Andaluzji prowincjonalnej




Medina Sidonia - urokliwe miasteczko, do którego tak naprawdę zajechaliśmy tylko dla cukierni o nazwie Sobrinas de las Trejas, aby spróbować ich specjału: alfajor de Medina. Ten słodki przysmak arabskiego pochodzenia wytwarzany jest tradycyjnymi metodami, z najwyższej jakości składników: czystego miodu, migdałów, orzechów laskowych, mąki, bułki tartej i przypraw (kolendry, goździków, anyżu, nasion sezamu i cynamonu). Ma kształt małej rurki, a po przekrojeniu złocistobrązowy kolor i lekko pikantny aromat. Smak jest rzeczywiście unikalny. Przypomina mieszankę orzechów, miodu i całej oszałamiającej fuzji egzotycznych przypraw.


Musicie uwierzyć na słowo, że popite kawką smakowały wyśmienicie. A kawka była bardzo wskazana, jako że pogoda była jak na Andaluzję nietypowa czyli niżowa, dżdżysta i rześka.


Samo miasteczko też bardzo senne i jakby wyludnione, ale z klimatem i ruinami na szczycie, które to były naszym drugim celem. 
Po drodze wąskie uliczki



Same ruiny arabskiego zamku Torrestrella z XIII wieku lekko rozczarowujące, ale ...


Ale najlepsze klejnociki prowincjonalnej Andaluzji dopiero na nas czekały. I tu gdybym miała wyznaczać jakiś ranking miasteczek - pueblos blancos, które nas zachwyciły to bezsprzecznie numerem pierwszym byłoby Arcos de la Frontera. Malowniczo położone, jakby nad urwiskiem, Arcos nazywane jest bramą na andaluzyjski szlak  białych miasteczek. My odkryliśmy je na samym końcu, już w drodze powrotnej do Sevilli. Tu mapa, aby można było zwizualizować sobie naszą trasę, a być może podążać tym szlakiem - polecam. 


  O poszczególnych etapach pisałam tu:
Kordoba:
Osuna-Setenil de la Bodegas- Ronda:
Gibraltar:
Kadyks: 

Wróćmy jednak do Arcos de la Frontera. Przypadkiem trafiliśmy tam do Ośrodka Kultury z wystawą prac malarskich z miasteczkiem w tle. 


 Tu widać, że Arcos de la Frontera jest rzeczywiście zawieszone nad przepaścią.
Poniżej namalowane malownicze uliczki ...


 I tak było 


No i wszędzie oczywiście arcos czyli łuki i łuczki ...


Pod jeden taki mnie Małżonek zaciągnął 


I powiem Wam, że Arcos to idealne miejsce, by się po prostu zgubić i pozwolić, by miasto samo pokazało to, co ma najpiękniejsze. I tak się stało. Zwolniliśmy, czytając wiersze na azulejos wklejone w ściany kamieniczek.



Wchodząc coraz wyżej, ma się poczucie, że miasto stopniowo odkrywa swoje najpiękniejsze miejsca. Jednym z nich jest Mirador de Abades — taras, z którego rozciąga się panorama na całą dolinę Guadalete.


I obok piękny, choć przy tej aurze dość ponuro się prezentujący Ratusz.


Urzekały liczne wizerunki Maryjne na fasadach kościołów również namalowane na azulejos czyli typowych andaluzyjskich kaflach. Poniżej Matka Boża Różańcowa – Virgen del Rosario, przedstawiona z Dzieciątkiem Jezus, przekazująca różaniec św. Dominikowi i św. Róży z Limy. Zdobi on Bazylikę Mniejszą Santa María de la Asunción. Tak przynajmniej podpowiedziała mi sztuczna inteligencja. Choć temat wart sprawdzenia, bo ja tam wyraźnie widzę też jakiegoś króla w koronie.


Okazuje się, że Arcos de la Frontera to miasteczko, gdzie żywa jest sztuka opowiadania. Dowiedziałam się tego na wystawie w Miejskim Muzeum. Tu jeden z posterów.



Temat: La Lírica de Tradición oral czyli Poezja w tradycji ustnej, bardzo mnie zainteresował. Dlatego, starając się nie absorbować Małżonka, zrobiłam fotkę i poprosiłam AI o dokładne tłumaczenie.
W pięć sekund dostałam informację, że pod koniec XIV i w XV wieku poezja popularna w Hiszpanii osiągnęła swój największy rozkwit. Szczególne miejsce zajmował Romance de Tradición Oral. Były to utwory przekazywane z pokolenia na pokolenie, często w rodzinnym gronie, podczas spotkań, świąt czy pracy. Dzięki tej tradycji do naszych czasów przetrwało wiele najrozmaitszych wersji tych samych utworów. Różniły się one często w zależności od regionu.
Na posterze podany jest przykład utwóru „La Molinera y el Corregidor” czyli „Młynarka i Urzędnik (dygnitarz)”. Podane są dwie wersje.
W Arcos de la Frontera historia zaczyna się tak:

„W Arcos de la Frontera żył uczciwy młynarz, który utrzymywał się ze swojego młyna. Był żonaty z młodą kobietą, która była piękna, i sam urzędnik się nią zainteresował…”

Natomiast w Jerez de la Frontera historia zaczyna się podobnie, ale tekst ma trochę inną wersję:

„W Jerez de la Frontera żył sławny młynarz, który utrzymywał się ze swojego młyna. Był żonaty z pewną damą, tak piękną, że się w niej zakochał…”

Dalej informacja jak to w różnych wersjach, historia inaczej się plecie, co ilustruje, jak działała tradycja ustna: opowieść niby stale jest ta sama, ale każdy kto opowiada może dołożyć swoją cegiełkę.
Całkowicie się zgadzam. To od opowiadacza, tak naprawdę zależy, co w historii szczególnie wybrzmi. Opowiada się przecież z perspektywy swoich doświadczeń i emocji, często jeszcze nie przepracowanych. Wracając do opowieści „Młynarka i Urzędnik” widać jak przez setki lat Hiszpanie sobie ją przekazywali. Wędrowała z ust do ust i mimo zmieniających się szczegółów i akcentów, zachowała swoją istotę. Przetrwała.
A sama historia?
No cóż, jest dość pikantna — choć często późniejsi pisarze ją „ugrzeczniali”.
Młynarz z Arcos był młodym, uczciwym człowiekiem. Wynajmował młyn nad rzeką Majaceite i ożenił się z piękną córką ogrodnika. Pracował we młynie długie godziny, ale każdej nocy wracał z radością do żony.
Pewnego dnia pojawia się potężny urzędnik – corregidor (w późniejszych wersjach gubernator lub miejscowy przedstawiciel władzy), który zakochuje się w młynarce. Próbuje ją uwieść. W końcu wymyśla sposób, żeby wyciągnąć jej męża z domu na całą noc, pod pozorem dodatkowej pracy. I tak młody młynarz rzeczywiście zostaje wciągnięty w tę pułapkę.
Ale tutaj zaczyna się najzabawniejsza część.
Mimo wszystko młodemu młynarzowi udaje się wcześniej skończyć robotę i wrócić do domu.
Tam zastaje koregidora i orientuje się, co się stało. Zamiast robić awanturę, zabiera ubranie jaśnie pana, przebiera się za niego i jedzie do pałacu koregidora.
Służący bierze go za swojego pana i wpuszcza do sypialni żony.
Tak następuje niezwykle przewrotna zamiana ról - młynarz mści się na koregidorze, uwodząc jego żonę, podczas gdy ona sądzi, że jest ze swoim mężem.
W rezultacie obie pary zostają uwikłane w tę samą intrygę, a historia kończy się komediowo. Jest to jakby nie patrzeć opowieść o „podwójnej zdradzie małżeńskiej”.
Taka to historia. Współpracując w tłumaczeniu ze sztuczną inteligencją wyraźnie czułam, że mimo jej serdecznych starań spłaszczała ona tę opowieść. Postanowiłam więc, mimo wszystko, poprosić o pomoc Małżonka. Przede wszystkim dałam mu do zbadania dwie wersje wspomniane powyżej. Poprosiłam, by wskazał różnicę.
I tu Małżonek hiszpano-języczny inżynier sprawił się doskonale. Jego inteligencja, również emocjonalna, okazała się o niebo lepsza niż ta sztuczna. Od razu wyczuł tytułowych bohaterów. Z całą pewnością zapewnił mnie, że wersja z Arcos de la Frontera jest dużo bardziej prawa i czuła. Młynarz jest tam uczciwym, pracowitym, młodym człowiekiem, który wpada w sidła starego intryganta i don juana - starego satyra, aż prosi się dodać.

Ech ta AI, sporo się jeszcze w kwestii literatury i emocji może nauczyć od inżynierów o ścisłych intelektach ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz