Stories of Tita

12 września 2026

Opowieść o skarbach czyli sentymentalnie o zabawach z dzieciństwa



W dzieciństwie lubiłam bawić się w skarby. Gdy znalazłam kawałek szkiełka na tyle duży, by można było pod nim zrobić jakąś artystyczną mini kompozycję czyli SKARB, od razu zbierałam materiały: kwiatki, listki, gałązki, piórka, kamyczki. Posiadanie papierka po cukierku czy pozłotka to było naprawdę coś. Gdy już materiały zostały zebrane przystępowało się do pracy. To był czas na znalezienie dobrego miejsca, gdzie bezpiecznie można było swój skarb zbudować. Miejsce powinno być charakterystyczne, aby je zapamiętać, ale jednocześnie nierzucające się w oczy czyli bezpieczne. Gdy już takie właściwe miejsce się znalazło przystępowało się do pracy. Kopało się dziurkę w ziemi nie za płytką, ale i nie za głęboką. Ubijało się zruszaną ziemię i kładło się na niej listek, papierek lub pozłotko. To było tło naszego skarbu, na którym układało się obrazek z tego wszystkiego co znaleźliśmy. Na końcu szczelnie przykrywało się obrazek szkiełkiem. A przez szkiełko wszystko wydawało się jakieś ładniejsze, szlachetniejsze. Pewnie dlatego, że dawało poczucie bycia artystą.
Skarb to skarb - trzeba było go ukryć przed światem. I tak szkiełko przysypywało się delikatnie ziemią. Dla kamuflażu na świeżą ziemie kładło się jakieś listki czy trawkę. Największą radość sprawiało jednak pokazanie swojego skarbu osobie, oczywiście, godnej zaufania. Miało to coś wspólnego z powierzeniem komuś wielkiej tajemnicy. Paluszkiem delikatnie rozgrzebywało się ziemie i tam czekał na nas nasz skarb tak jak go zostawiliśmy. Dla dziecka było to niesamowite przeżycie. Coś co stworzyło się samodzielnie i ukryło przed światem trwało. Taki zrobiony własnoręcznie skarb był najpiękniejszy.
Nie wiem kto nauczył mnie tej zabawy. Może starsza siostra, może mama. Dość tego, że pewnego razu, gdy szukałam miejsca na skarb przy sklepie mojej Babci w Starej Łomży postanowiłam, że dla niepoznaki zrobię go przy samej drodze. Był tam taki porośnięty trawą nasyp. Wyrwałam kępkę trawy. Ziemia pod nią była czarna i wilgotna. Kopiąc dziurkę znalazłam mały, czarny, metalowy krzyżyk. Wtedy to znalezisko nie wydało mi się niczym nadzwyczajnym. Symbole religijne nie oddziaływały tak jak dziś. Pamiętam jednak, że dało mi to trochę do myślenia. Miałam jakieś poczucie wyjątkowości znaleziska. Nie było ono jednak na tyle duże, aby się nim chwalić. Teraz bym to zrobiła. Sporo osób dowiedziałoby się jak to pod starym domem znalazłam sczerniały krzyżyk. Może powstałaby z tego nawet jakaś historia. Wtedy jednak krzyżyk miał dla mnie taką samą wartość jak piórko, listki i kwiatki uzbierane na zrobienie skarbu. Dziś trzymałabym krzyżyk jako talizman. Wtedy wraz z piórkiem, źdźbłami trawy i kwiatkami znalazł się w przykrytym szkiełkiem skarbie.
Teraz to miejsce wygląda zupełnie inaczej. Stary drewniany dom Wuja Adama, gdzie od frontu mieścił się wiejski sklep został dawno zburzony. Mało kto pamięta, że po obu stronach schodów prowadzących do sklepu rosły grusze, a przy drodze pomarańczowe smolinosy. Obok sklepu robiliśmy dużo skarbów bo często znajdowaliśmy tam białe, zielone i brunatne szkiełka po rozbitych butelkach.
Choć dziś stoją tam dwa piękne nowe domy otoczone zadbanymi ogrodami pełne kwiatów, egzotycznych iglaków i zadbanych żywopłotów to dokładnie wiem, gdzie przeszło pięćdziesiąt lat temu zakopałam swój skarb ze znalezionym krzyżykiem. Bardzo lubię tamtędy przechodzić.


P.S. Przeczytałam opowieść małżonkowi. Gotowy jest iść i kopać 😉

Stare zdjęcie, na którym widać Wuja Adama (pierwszy po lewej) i w tle po lewej stronie jego drewniany dom bliźniak. Z drugiej strony, od drogi, był sklep. W tle po prawej widać stary murowany dom moich Dziadków i bohater drugiego planu czyli koń dziadka. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz