Stories of Tita

26 marca 2026

Opowieści z Andaluzji część druga


Drugi dzień naszej andaluzyjskiej przygody mieliśmy spędzić w górzystym terenie Sierra Nevada. Przypadkiem kierując się z Kordoby na Rondę i mając na celu odwiedzenie przynajmniej jednego Pueblo Blanco, odkryliśmy urocze miasteczko Osunę. Zaprowadził nas tam tak naprawdę głód i piękne słońce.
Tam po raz pierwszy poczuliśmy  co to znaczy andaluzyjskie tapas. Ten zestaw: dwie kawy, wyciskany soczek i dwie duże bocadillio kosztował 16 euro.



Celowo wstawiam zdjęcie tego skromnego lunczyku, aby zaznaczyć, że mi ewidentnie brakowało w nim masła. Jak już zjedliśmy zauważyliśmy, że wszyscy leją na bułeczki pyszną regionalną oliwę z oliwek. Nie zapomnijcie w Andaluzji zawsze się za nią rozejrzeć, albo po prostu poprosić kelnera.
Miasto Osuna swoją nazwę zawdzięcza misiom.
Tu przypomniało mi się znane hiszpańskie powiedzenie: Mas Oso mas hermososo. W dosłownym tłumaczeniu oznacza: Im bardziej misiowaty, tym przystojniejszy i dotyczy męskiej urody. Tu piękne misie na jednym z rond. 


W tym często pomijanym w przewodnikach miasteczku jest tyle do zobaczenia. Tu jeden z wielu kościółków przy głównej ulicy.


 
Tak syci dosłownie i w przenośni minęliśmy Setenil de las Bodegas. Mimo marca, w miasteczku były takie tłumy turystów, że znalezienie miejsca do parkowania graniczyło z cudem. Zatrzymaliśmy się więc w punkcie widokowym tuż za miastem. Strzeliliśmy fotkę i w pięknych okolicznościach przyrody wyczytaliśmy wszelkie informacje o miasteczku.



Znane jest ono jako miasto w skale i jest oddalone zaledwie 18 km od słynnej od Rondy. Atrakcją Setenil de las Bodegas jest bezsprzecznie to, że część miasta znajduje się pod skałami i jaskiniami, co tworzy ponoć unikalną atmosferę.
Sama nazwa miasteczka też jest bardzo ciekawa. Setenil odnosi się do łacińskiej sentencji „septem nihil”, czyli „siedem razy nic„. Przypomina to, iż chrześcijanie wielokrotnie próbowali odbić miasto z rąk muzułmanów. Udało to się dopiero w 1484 r., przy siódmej próbie. Drugi człon nazwy miasteczka „bodegas” w języku hiszpańskim oznacza „piwnice na wino” i odnosi się do czasów, gdy zajmowano się tutaj uprawą winorośli i wytwarzano cenione w całym regionie wino.
W przewodniku wyczytaliśmy również, że warto pokonać 93 strome schody by dojść do Mirador del Carmen. Jest to punkt widokowy w środku miasteczka, gdzie można podziwiać przepiękną panoramę na miasto, zamek i jeden z pobliskich klifów. No cóż właśnie tam byliśmy ;)
Miasteczko słynie również z produkcji oliwy z oliwek. W trasie można podziwiać rozpościerające się w nieskończoność gaje oliwne. Na naszej drodze stanęły jednak górskie zbocza ze stadami owiec.


Małżonek porozmawiał sobie nawet chwilę z opiekunem stada. Starszy już pasterz powiedział, że młodzież do takiego wypasu się nie garnie i że to ponoć ciężka praca.  Muszę przekazać inffo najmłodszemu synowi, który niezmiennie marzy by zostać pasterzem.
I tak dojechaliśmy do Rondy czyli celu naszego dnia nr 2 w Andaluzji. Powiedzieć, że jest to położone malowniczo na szczycie skalnego klifu miasteczko to nic nie powiedzieć.



Ronda i jej most, a raczej widoki z niego robią wrażenie. Prace nad wykonaniem obiektu trwały aż 34 lata i zakończyły się w 1793 roku. Puente Nuevo zostało wykonane ze skał, które zostały wydobyte z dna kanionu co znaczenie ułatwiło proces logistyczny pozyskania surowca. Warto przejść się po nim pieszo, ponieważ z góry widać genialną panoramę na okolicę i można wykonać sobie na nim cudne zdjęcia. My przeszliśmy się kilkakrotnie - tak nas zauroczył.  Dla osób z lękiem wysokości może być to wyzwanie, ponieważ most zawieszony jest nad 93 metrową przepaścią wąwozu El Tajo. El tajo po hiszpańsku oznacza cięcie i rzeczywiście tnie on miasto na dwie części. 
Jak zwykle za imponującym pięknem kryją się niesamowite historie. Ponoć, podczas hiszpańskiej wojny domowej most służył jako więzienie, a w wielu przypadkach jako miejsce egzekucji. Więźniowie byli zrzucani w otchłań, spadając na dno wąwozu bez szans na przeżycie. Wielu mieszkańców wierzy, że ich dusze wciąż się tam błąkają, zwłaszcza w burzliwe noce, gdy wiatr zdaje się szeptać ich ostatnie żale.
Inna historia opowiada o jednym z architektów odpowiedzialnych za budowę mostu, który popełnił samobójstwo, odkrywając wadę konstrukcyjną, która mogła doprowadzić do jego zawalenia. Choć historia ta nie ma potwierdzenia historycznego, miejscowi twierdzą, że jeśli stanie się nocą na środku mostu i uważnie się rozejrzy, można wyczuć niepokojącą obecność obserwującą z cienia.



Zarówno Most Puente Nuevo, jak i arena dla byków (Plaza de Toros de Ronda zaprojektowana była przez tego samego architekta José Martína de Aldehuela. Tu jego drugie dzieło.



Ronda, jak piszą, jest  kolebką nowoczesnej korridy i mieliśmy nadzieję, że przeczytamy o tym, jak to ludzie dostrzegli bezsens narażania swojego zdrowia oraz rytualnego zabijania byka, a jednak nie… Nowoczesna korrida różni się tylko tym, że matador nie walczy z bykiem na koniu, a pieszo :(




 W Rondzie zachwycało wszystko


Maleńkie sklepiki...



I równie maleńki Plac Gigantów, którego szukaliśmy pół godziny kręcąc się w kółko.



Aż żal było następnego dnia wyjeżdżać, choć w planach był Gibraltar i Kadyks.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz