Opowieść o Aniele, który pomaga krzyż nosić
 |
| Bartolome Esteban Murillo/Saint Francis embracing Christ /Muzeum Sztuk Pięknych w Sevilli - zdjęcie własne (marzec 2026) |
Kończę książkę o losach moich pradziadków Aleksandry i Zygmunta. Przypadkiem, dzięki aktom urodzenia i śmierci, odkryłam fakt ich wygnaństwa - bieżeństwa w 1915 roku i ich trzyletni pobyt w Jekaterynosławiu (obecnie Dniepro w Ukrainie). Po ponad stu latach staram się opowiedzieć tę pominiętą, zapomnianą i sponiewieraną historię. Posklejałam ją z zachowanych ustnych wspomnień, faktów historycznych, licznych lektur i przeczuć. Długo zastanawiałam się co mogło Olci (mojej prababci) dodawać sił na tułaczce, podczas której straciła dwoje dzieci. Wiem od mamy, że babcia była osobą dużej wiary i pobożności. Lubiła też opowiadać wnukom przeróżne historie. Nigdy jednak nie opowiadała o ich wygnaństwie - bieżeństwie. Być może nie chciała wracać do bolesnych wspomnień. Mama często wspominała jej wesołe opowieści i śpiewała nam piosenki, zasłyszane w dzieciństwie. Dlatego w moją opowieść postanowiłam wpleść wiele historii, które opowiadała mi mama - jej najstarsza wnuczka, ale i takie, które popularne były na początku XX wieku. Jedną z nich chcę wam przed Wielkanocą opowiedzieć. Nosi tytuł "Anioł i ksiądz" i pochodzi ze zbioru "Klechdy Polskie" autorstwa Stanisława Dzikowskiego. Zmieniłam ją trochę. W mojej książce opowiada ją w listopadzie 1915 roku tłumom napływających do Jekaterynosławia polskich wygnańców proboszcz tamtejszej Parafii Świętego Józefa. W źródłach znalazłam opis tamtejszego kościoła katolickiego. Na portalu bramy wejściowej witała wiernych figura Anioła niosącego krzyż.
Poniżej fragment z mam nadzieję rychło wydanej całej książki:
[...] W niedzielę z rana diakon Stasio
przyszedł z informacją, że jak zdrowe to do kościoła na sumę na dwunastą godzinę iść mogą.
Tak daleko od domu, a kościół
polski - dziwowali się - i ksiądz po polsku mówi. Świątynia napakowana była po
brzegi. Z łatwością można jednak było odróżnić miejscowych od tych, co tu
zesłani zostali. Jedna z kobiet z Rady Parafialnej organizującej pomoc opisała
"bieżeńców" w swoich pamiętnikach jako najsmutniejszych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkała. Tę żałość, biedę i upadek na duchu widział też
proboszcz Skwirecki. Długo zastanawiał się co może udręczonym ludziom na
pociechę, z dala od domu powiedzieć. Przypomniała mu się stara chrześcijańska
legenda o Aniele, który pomaga krzyż nosić.
- Jak wchodziliście dziś na mszę nad drzwiami
witał was nasz anioł - zaczął homilię - Czemu go tam postawiliśmy? Kiedyś moja babcia opowiadała
mi taką historię. Posłuchajcie. Był jeden proboszcz bardzo pobożny, któremu zdawało się, że nie ma dla niego żadnych tajemnic, ani na ziemi, ani w niebiosach. Całymi dniami modlił się i rozmyślał nad różnymi sprawami, które rozsądzał wedle swojego sumienia i rozumu. Pewnego razu, gdy chodził koło plebanii i czytał brewiarz, pojawił się u furty nieznany wędrowiec. Był umęczony tak jak o i wy teraz. Czegóż szukasz w naszych stronach, młody człowieku? - zapytał gościa. Szukam służby. Głodny jestem i spragniony - odpowiedział tamten.
Ksiądz zaprowadził go do kuchni i kazał nakarmić, a potem ugodzili się między sobą. Nowy parobek okazał się bardzo pracowity. Jeszcze świtać nie zaczęło, a on już wstawał i szedł pierwszy do oporządku. Aż do wieczora uwijał się to na podwórku, to w polu, to przy koniach, które nigdy tak dobrze nie wyglądały. Jednego dnia ksiądz zawołał parobka i powiedział, że zabiera go na odpust do miasta. Ten szybko przygotował bryczkę. Zaprzągł dwa zadbane konie i pojechali tak szybko i dobrze, że aż zdziwił się proboszcz i przerwał pacierze. A na drodze zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Była tam niedaleko stara figura, przed którą ksiądz uchylił czapki i przeżegnał się pobożnie, a parobek nawet palcem nie ruszył. Potem wypadło im jechać przez wieś koło karczmy, na której widok proboszcz się odwrócił, a parobek odkrył głowę i znak krzyża na piersiach położył. Bliżej miasta spotkali pogrzeb wspaniały. Prowadził go ksiądz i wielka gromada ludzi pobożnie śpiewała. Proboszcz zdjął czapkę, a parobek znowu wcale się nie poruszył. Jadą dalej, a tu stara baba ciągnie na wózku trumnę na cmentarz. Ksiądz nie zwrócił na ten pochód nędzny żadnej uwagi, a parobek zdjął czapkę i począł się modlić żarliwie. Proboszcz zdziwił się bardzo, ale nie przemówił ani słowa, tylko dziwnym tknięty przeczuciem czekał, co będzie dalej. Ujechali kawałek drogi, aż tu na pagórku ukazała się im szubienica. Przerażający był to widok. Człowiek na śmierć wydany dyndał na powrozie i obracał się żałośnie za każdym uderzeniem wiatru. Parobek nic nie mówiąc zatrzymał nagle konie, wyskoczył z bryczki i poszedł się modlić pod szubienicą. Ksiądz odwrócił głowę w drugą stronę i nie chciał nawet patrzeć. Zajechali wreszcie do miasta. Proboszcz poszedł do kościoła mszę odprawiać, a parobek po pewnym czasie począł rzucać kamieniami w drzwi kościelne. Wtedy proboszcz rozgniewał się bardzo i pomyślał, że przyjął na służbę czorta jakiego. Kiedy wracali do domu, wziął parobka na spytki. Czemu żeś nie zdjął czapki przed świętą figurą, a pokłoniłeś się i żegnałeś, kiedyśmy przejeżdżali koło karczmy.
— Na tej figurze — odpowiedział parobek — diabeł siedział, bo wystawiona była z pychy ludzkiej, a w tej karczmie było dwóch braci, którzy z wojny wrócili. Dom spalony zastali i rodzinę pomordowaną. Choć Pan Bóg był w ich sercach, to ze zgryzoty wódkę pili. Panu Bogu się ukłoniłem, żeby ich serca pocieszył. A czemu na jeden pogrzeb nie zwróciłeś uwagi, a czapkowałeś przed drugim, gdzie nie było ani księdza, ani krzyża?
- Proboszczu, ten pogrzeb wspaniały, to był pogrzeb za pieniądze. Pan bogaty zapłacił, więc z wielką paradą wieźli grzeszne ciało do kościoła, choć duszę jego dawno już diabeł porwał. A z tym biednym pogrzebem i z tą starowinką nikt nie szedł, ale nie była sama. Szli święci. Choć niewidzialni dla oka, śpiewali piękne pieśni, bo ten nieboszczyk dosyć się na świecie nacierpiał. Żył w biedzie i niedostatku, a pracował ciężko i ludziom był serdeczny.
- Modliłeś się pod szubienicą - zaczął znowu ksiądz - nie przeszkadzałem ci, ale nie rozumiem twojego postępku - Księże, chcesz wiedzieć prawdę, więc poznaj ją. Modliłem się pod szubienicą, bo wisiał na niej człowiek niewinny... Sądzili go, przesłuchiwali, ale także łamali mu kości, szarpali i męczyli, a potem powiedzieli: przyznaj się, to cię puścimy wolno. On im uwierzył i przyznał się do tego, czego nie popełnił, a oni go za to powiesili.
Ksiądz nic na to nie odpowiedział, bo jako mądra osoba wiedział, że parobek prawdę mówi, ale korciła go jeszcze ostatnia sprawa i po chwili zapytał:
- A dlaczego rzucałeś kamieniami na dom boski?
- Proboszczu! Ludzie spali jakżeś Ewangelię czytał i słowo Boże głosił. Obudzić ich chciałem.
Ksiądz zadumał się. Ogarnął go lęk i niepewność.
- Ktoś ty jest, że wiesz o takich sprawach? -zapytał.
Wtem sukmana parobka zaczęła błyszczeć jak srebro i złoto, po czym stanął cały w bieli i jasności.
- Jam jest anioł - mówi - Posłany tu do Ciebie zostałem, żebyś przypominał ludziom, że Bóg nigdy nie opuszcza. A najbardziej tuli tych ukrzywdzonych. Powiedz ludziom, że Bóg kocha ich i się o nich wciąż troszczy. Jeśli w słabości zeszli z Bożych dróg powiedz, że szuka ich.
- Ciociu, Bozia nas szuka –
przytulił się do Olci Franio.
- Już nas znalazła, Franuś –
uścisnęła bratanka. [...]
P.S. Oryginał legendy znajdziecie tu na stronie 77 w zdigitalizowanym internetowym wydaniu"Klechd Polskich":
 |
Ilustracja z książki Klechdy Polskie Stanisława Dzikowskiego z ilustracjami Edmunda Bartłomiejczyka- Warszawa 1948
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz