Opowieść mojej córki pod choinkę
Kiedyś rodzinnie postanowiliśmy sobie, że na Boże Narodzenie nie kupujemy prezentów, tylko je wytwarzamy tzw. DIY gifts. Był to super pomysł. Wiele z nich, jak choćby ta opowieść w pięknie oprawionym zeszycie, przetrwało do dziś. Notesu używam do notowania złotych myśli i opowieści. Zwłaszcza, że zaczyna się on piękną historią napisaną przez moją córkę. Posłuchajcie...
Działo się to szczególnie mroźnego roku pańskiego, gdy nad wyraz niespodziewanie zbliżał się wszystkim tak potrzebny okres Bożego Narodzenia.
Jednakże, z roku na rok, okres świąteczny miał coraz mniej wspólnego z Bożym Narodzeniem. Co prawda robiło się chłodniej, ale ludzie zdawali się jakby nie zauważać, że odmrażają sobie uszy i nosy ... i że chłód przenika dużo, dużo głębiej. Nie tylko przestawali dostrzegać sens świąt, ale niektórzy sceptycy zaczęli nawet kwestionować reguły i sens całego wszechświata. Zarówno tego wielkiego, jak i tego najmniejszego zamkniętego w maleńkim ziarenku piasku.
Sam Bóg nie wiedząc do końca co o tym wszystkim myśleć (a były to w końcu jego własne urodziny), strapiony postanowił się ze światem podzielić czymś bardzo mu bliskim i rzucił na ziemię Iskrę. By jednak nic jej się nie stało, swą iskrę zakamuflował. Odnaleźć ją mogli tylko Ci, którzy jak Bóg, z czystej troski o drugiego człowieka, gotowi byli z radością podzielić się z bliźnim czymś bardzo bliskim ich sercu.
I tak też ciepło, które otacza każdego z osobna i wszystkich wspólnie podczas snucia opowieści to nic innego jak ogień rozpalony przez małą iskrę zesłaną od Boga.
A jak ją rozpalić, każdy opowiadacz zapisuje w swej Księdze Opowieści.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz