Stories of Tita

28 maja 2026

Stanisław Vincenz i Józef Czapski - opowieść o przyjaźni dwóch idealistów


Józef Capski - O zachodzie słońca/ źródło: https://rynekisztuka.pl/2017/12/18/z-cyklu-klasycy-polskiego-malarstwa-jozef-czapski/

Rok 2026 obchodzony jest jako rok Józefa Czapskiego (1896 - 1993) - wspaniałego malarza i pisarza. Ważne więc chyba, by  poświęcić w mojej blogowe zakładce: Vincenz choć jeden post o wzajemnych przyjacielskich relacjach tych dwojga. Umacniały tę przyjaźń zapewne wspólnie wyznawane wartości, podobieństwo dusz, życzliwość do świata i ludzi. Obaj, również, żyli problemami paryskiej „Kultury” i ją współtworzyli.
Na stronie: https://jozefczapski.pl/stanislaw-vincenz/ czytamy, że według Czapskiego książki Stanisława Vincenza należą do "książek- pomników świata". A po śmierci pisarza Czapski napisał w „Kulturze”, że właśnie dzięki takim ludziom polska emigracja nie zdziczała.
Zachęcam do przeczytania przedmowy Józefa Czapskiego do "Połoniny". Dużo tam trafnych refleksji nad dziełem życia Vincenza.  



Tu jeszcze jeden niewielki fragment dla wszystkich poszukujących szczęścia.



Dokopałam się również do opracowania korespondencji między Stanisławem Vincenzem a Józefem Czapskim w opracowaniu Anny H. Markiety. Obejmuje ona 17 zachowanych listów z 1951 roku.
W jednym z listów Vincenz żali się na swoją nieporadność w załatwianiu własnych spraw. Pisze do przyjaciela: 

Mogą pomyśleć, że czegoś od nich oczekujemy. Spotkałem zresztą prof. Joberta na odczycie prof. Pézarda („O ogniu u Dantego”) w tutejszej sekcji tow[arzystwa] „Dante Alighieri”. Powitałem go z daleka, a z powodu resztek impulsywności chciałem podejść, lecz opanowałem się, widząc, że zajęty rozmową ze znajomymi. Podobnie opanowałem mój impuls pójścia do prezesa towarzystwa „Dante Alighieri” z propozycją wygłoszenia mego odczytu o Dantem po francusku, choćby dlatego, aby zwrócić się nie do dantologów i komentatorów, lecz do czytelników i ludzi. Motyw opanowania był słuszny, gdyż nie należę do tego zespołu i mógłbym wprowadzić ludzi w niepotrzebne zakłopotanie, albo nawet w pokusę pomyśleń lub podejrzeń.

W odpowiedzi Józef Czapski pisze:

Z trudem Panu muszę wybaczyć, że Pan nie zaproponował swego odczytu o Dantem i nie wybaczam Panu, że Pan swoje odruchy przyjaźni i serca tłumi, dlaczego, nie ja Panu będę mówił, że cała Pana siła jest w tym „nasłonecznieniu” – uczucie, które Pan wszystkim daje, nie rachując.

W innym liście, po powrocie Miłosza z odpoczynku w domu Vincenza, Czapski pisze szczerze o swoim uprzedzeniu do przyszłego noblisty:

Miłosz wrócił naprawdę oczarowany Państwem – i twierdził, że wrócił pod wpływem i zvincenziony, co nam się zresztą wydaje nadzwyczaj przesadzone.
Jest w nim [Miłoszu] jakaś „grubość”, jakaś organiczno-egotyczna brutalność, jakiś arywizm i pogarda – każdego i wszystkiego, co nie służy jemu. Piszę to tylko dla Pana – podziwiam go jako poetę, miałem z nim masę rozmów ciekawych i znaczących, ale nie pamiętam, żeby ktokolwiek z ludzi, których znam, w miarę miesięcy współżycia tak mi stawał się obcy i wprost nieinteresujący. Zawsze było moim przekonaniem wyrosłym z praktyki, że w wojsku, w obozie, w szkołach, we wszystkich zespołach ludzi najbardziej obcy stawali mi się bliscy, a w każdym razie ciekawi. Teraz jest właściwie na odwrót. I jak jestem teraz zanurzony w swoją pracę – to wprost się boję spotkań, rozmów z nim, tak mnie wytrącają. Kiedy po raz setny mówi, że mógłby być w Polsce Pasternakiem, mówi, ile stracił, ofiarował i jak cała emigracja jest obrzydliwa, łajdacka, urywam i uciekam, bo gotów jestem mówić mu słowa najostrzejsze – które mnie wytrącają na parę godzin z równowagi, a do niego nawet nie dochodzą. Jak nagle słucham, co napisał, wszystko mu „darowuję” z łatwością i podziwiam.

Vincenz 12 grudnia odpowiada tak:

O Panu Czesławie chciałbym kiedyś z Panem obszerniej pomówić. Wydaje mi się, iż należałoby pamiętać o jego niezwykłej witalności, a stąd o niezaprzeczonej dziecinności, z czego czerpią siły zarówno jego poezja, jak i jego pochopne egocentryczne, a niby to racjonalne wierzgnięcia. Należy mu także zapisać na dobro jego przywiązanie do kraju i stąd pochodzą także nie zawsze przytomne, bo ryczałtowe ataki na emigrację. Ale nic mu to nie pomoże, ostatecznie sam jest także emigrantem, choć się odrzeka od tego brzydkiego tytułu i obawiam się, że jeszcze jeden emigrant czy choćby grupa dajmy na to emigrantów wokół Miłosza (bo można się tego spodziewać, że taka grupa się utworzy), jeśli będą ujadać na resztę emigracji, wzmocnią jeszcze tylko nieszczęsny obraz tej emigracji, gdzie chętnie jedna grupa ujada na drugą i wszyscy się rozproszkowują. Do takich proszków należy niestety także Rząd w Londynie i wiele instytucji i organów, z wyjątkiem „Kultury”, jak mnie się wydaje. A przecież tak nie musi być, kategoria emigracji jest już dość starą formą życia naszego narodu i to ważną, byleby nie chciała zaborczo i wyłącznie komenderować krajem.[...] Otóż z całego „wypadku” Miłosza widać, że i on ma potrzebę „racjonalizmu”, czyli filozofii jako wspólnoty ludzi w świetle. Niestety „wspólnota” ta kończy się na common places i to chyba Pana razi, podczas gdy tam, gdzie dotyka wspólnoty korzeniami i korzonkami, tj. w poezji, Pana pociąga i rozbraja. Niestety, co Panu jako malarzowi najlepiej jest znane, dobijanie się do światła, a zatem do rozumienia i porozumienia, jest pracą twardą, niemal heroiczną, a same odruchy od razu ukręcają łeb porozumieniu.

I na to Czapski:

Miły Panie Stanisławie,
To już tak jest z Panem, albo się wcale nie pisze, albo by trzeba pisać bez ustanku. List Pański dziś do mnie przyszedł. Jak mam dziękować! Już przed otrzymaniem listu chciałem pisać drugi z „poprawkami”. Ludwik, brat Jerzego Łubieńskiego, jak miał 10–12 lat, przyznał się Matce, że kocha jedną siostrę i jednego brata, a drugiego… nie kocha. Matka mu powiedziała, że mówi głupstwa i że to mu się tak zdaje. Na drugi dzień zastaje go, jak pisze ogromny list (a był bardzo leniwy do pisania).
„Do kogo ty piszesz?” – pyta Matka.
„Do Franka” (tego brata, którego oświadczył, że nie kocha).
„Przecież mówiłeś, że go nie kochasz”.
„Bo ja się przezwyciężam” – odpowiada Lulek.
Otóż to opowiadanko nie przypiął ni przyłatał, bo ja się nie przezwyciężam, niemniej w liście do Pana wyspowiadałem się, jak mnie do reszty zmęczył Miłosz, a tu zaledwie parę godzin potem zastałby Pan mnie (jak Matka Lulka przy pisaniu listu do niekochanego brata) na długogodzinnej rozmowie z Miłoszem, która była tak głęboko miła i nie sztuczna, że znowu go… polubiłem.
To, co Pan o nim pisze, jest bardzo słuszne, nie neguje wcale tego, co ja o nim pisałem, ale Pan jak zawsze i tu popatrzał serdeczniej i głębiej.

No przecież tak szczerze mogą pisywać do siebie tylko przyjaciele.
Poniżej jedyne zdjęcie Vincenza i Czapskiego, jakie udało mi się znaleźć. Pochodzi z postera Wystawy "Stanisław Vincenz (1888-1971) Dialog o Losie i Duszy" opracowanej przez Profesora Jana Choroszego.




P.S. Korespondencja Stanisława Vincenza z Józefem Czapskim z roku 1951. w opracowaniu Anny H. Markiety ukazała się w 33 tomie „Czasopisma Zakładu Narodowego imienia Ossolińskich i znajdziecie ją pod linkiem:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz