Dziś w moim rodzinnym mieście wielka feta - 600 lecie nadania praw miejskich. Pamiętam legendę z dzieciństwa tłumaczącą skąd jeleń i gałąź dębu w herbie. Niedawno natrafiłam na jej pełną piękną, ale długaśną i napisaną niezrozumiałym już dla młodego pokolenia językiem. Na dowód przytoczę fragment:
"Kazali bić juchę Krzyżaka, to biłem. Zwyczajnie."
Dodam, że nawet w kontekście, moi małoletni łomżyńscy bratankowie mieliby problem ze zrozumieniem tego zdania. Dlatego w prezencie dla mojego kochanego miasta przekład legendy na język współczesny. Choć niektórym urokliwym porównaniom mimo archaicznego języka nie mogłam się oprzeć.
Myślę, że aby młodzi legend słuchali musi też być dużo krócej. Zainteresowanych odsyłam jednak do pełnej wersji, którą znalazłam na stronie:
Nad kapryśną Narwią mieszkał Stary bartnik Sieciej. Miał dwóch synów -urwipołciów i psotników: Cieszka i Zdzieszka.
Pewnego wieczoru Sieciej opowiadał synkom jak to z królem Jagiełło w bitwie walczył i uwiadomił, ze król wraz z orszakiem przybędzie do Łomży na polowanie i być może jak rano wstaną to ich do boru zabierze i króla spotkają.
Chłopcy wiedzieli, że kto zaśpi rano, to pójdzie sobie najwyżej nad rzekę łowić chude płotki, bo ojciec na śpiochów nie zaczeka.
A od rana Cieszko i Zdzieszko zaczęli wypatrywać króla- wielkiego rycerza w złotej zbroi, w złotej koronie i ze złotym mieczem u boku. Na próżno. Króla Jagiełły nie było.
Pierwszy nie wytrzymał Zdzieszko. Podszedł bliżej i trącił delikatnie w łokieć jakiegoś starszego z wojów, o obliczu pooranym zmarszczkami i włosie siwym, a ubranego w zwyczajny kożuszek.
- Panie rycerzu, nie wiecie, gdzie tu król? - zapytał grzecznie - A tatko mówił, że król Jagiełło kocha polowanie na dzikiego zwierza. Może król zachorował.
- Król zdrów jest. Wiem to doskonale i jest tutaj- odparł rycerz
-A rozpoznałbyś swego monarchę?
- No pewnie. Największy z królów piękny jest jak z kościelnego obrazu. I w zbroi ze szczerego złota.
Stary rycerz uśmiechnął się rozbawiony.
W tej samej chwili zbliżył się do niego rycerz, ze złotym łańcuchem na szyi. Zeskoczył z konia i pochylił głowę.
- Wasza królewska miłość, wszystko gotowe do drogi. Kiedy każecie wyruszać?
Król Władysław spojrzał na chłopców i kazał zapamiętać, że prawdziwa wielkość nie we wzroście i ubraniu się kryje.
W podłomżyńskich lasach król Jagiełło czuł się znakomicie. Ze swoim przyjacielem księciem Januszem prawie nie schodzili z konia. Dopiero o zmierzchu zasiadali przy ognisku, aby pogawędzić z towarzyszami.
Cieszko i Zdzieszko mogli nasłuchać się wtedy dziwów o polowaniu na niedźwiedzie. Następnego dnia książę Janusz wyprawę na grubego zwierza zarządził.
Z rana zaraz za rzeką wjechali w ciemny bór, którego ludzka stopa dawno nie deptała.
Z niepokojem rozglądano się dookoła. Nie kosmatego zwierza się tu obawiano, lecz duchów paskudnych, diabłów leśnych i bagiennych czarownic. Lubiły one życie w takiej dzikiej i ponurej głuszy.
Pierwszego niedźwiedzia osaczono w barłogu. Skoczył ku niemu Jagiełło z oszczepem.
Pozbawiony szans ucieczki zwierz ryknął wściekle, wyciągnął łapy i już, już sięgał króla, gdy raptem nadział się na oszczep i runął martwy. Cieszyli się wszyscy, gdy nagle Sieciej zauważył, ze nie ma z nimi Księcia Janusza, pana na Mazowszu.
Zaczęto wołać na wszystkie strony.
W końcu Zdzieszko znalazł księcia w samą porę.
Siedział on na dębie, a olbrzymi niedźwiedź pomrukując gniewnie usiłował wdrapać się na górę.
Na widok myśliwych kosmaty sturlał się do głębokiego jaru i uciekł.
Nie pogoniono za zwierzem. Zajęto się panem na Mazowszu. Zdjęty z dębu, książę opowiedział swą przygodę. Zrzucony przez przerażonego konia i pozbawiony oszczepu musiał szukać schronienia na dębie.
Jednakże to nie koniec przygód. Gdy już wspólnie konno wyruszono w drogę powrotną, ze świerkowego zagajnika wypadł jeleń, o rozłożystym wieńcu na głowie. Widząc orszak konny jeleń przystanął na moment. Zawahał się.
Król skierował rumaka w stronę zagajnika, lecz ruszyć nie zdążył, bo Cieszko jednym susem przyskoczył do konia i uwiesił się cugli.
- Panie, nie jedźcie. Tam zasadzka. Ptaki w świerczynie zamilkły na amen. W zagajniku ktoś obcy być musi. Jelenia ptaki się nie boją. Ludzie tam są. Łotry jakieś, bo po cóż by się kryli? A może to Krzyżaki? Do granicy stąd przecież niedaleko.
Na dyskretny znak króla Władysława połowa drużyny skręciła powolutku w las i zataczając półkole od tyłu dotarła do zagajnika. Po krótkiej, lecz krwawej walce dziesięciu Krzyżaków padło bez ducha.
- Życie zawdzięczam ci chłopcze - Władysław Jagiełło przycisnął bliźniaka serdecznie do piersi. - Jakże ci się odwdzięczę?
- Nie mnie, miłościwy królu, ale jeleniowi powinniśmy być wdzięczni. To on nas ostrzegł.
- Skromny jesteś, a to ci się chwali - Jagiełło jeszcze raz uścisnął młodzika. - Niechaj pycha nigdy nie zapuści korzeni w twoim sercu. A że wdzięczności długi trzeba spłacać, zabieram cię do Krakowa. W szkołach uczyć się będziesz. Później powrócisz tu, aby w moim imieniu doradzać i pomagać leśnym ludziom.
- Ja zaś, najmiłościwszy panie - dodał książę Janusz - dla wspomnienia waszego pobytu w mazowieckich borach jeszcze dziś Łomży prawa miejskie nadam. I herb ustanowię, żeby we wdzięcznej pamięci wydarzenia te po wsze czasy zachować się mogły.
Pan na Mazowszu słowa dotrzymał. Od tamtej pory Łomża już nie jest leśną osadą, ale miastem i ma piękny herb z królewskim jeleniem w skoku i z kilkoma żołędziami. Te ostatnie dorzucił stary książę na pamiątkę dębu, który ocalił mu życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz